jueves, 28 de abril de 2016

Moje doświadczenie z karmieniem (1)

(Esta entrada en español aquí).

Mam nadzieję, że to będzie jeden z tych postów, które mogą pomagać przyszłych mam. Nie dlatego, że się uważam za eksperta -dobrze wiem, że wcale nie jestem- lecz ponieważ myślę, że warto znać prawdziwe historii związane z tym tematem, historii osób, które też na początku nic o tym nie wiedziały i się "nauczyły" od zera. 


Myślę, że warto wiedzieć, że nie jest tak łatwo jak pokazują czasami w filmach "dadzą dziecka do piersi, zaczyna ssać, i tyle"; ale też nie jest tak trudno jak mówią niektóre miejski legendy: "bo niektóre kobiety nie mają mleka". Na pewno sporo słyszeliście ten ostatni i może nawet w to uwierzyliście (ja też to uwierzyłam kiedyś). A jednak okazuje się, że to zdanie jest wielką głupotą, która osobiście się domyślę, że wymyśliły firmy produkujące mleka w proszku dla dzieci, bo nie ma lepszego sposobu, żeby spowodować, że coś będzie porażką, niż przekonanie głównych bohaterów (czyli matki), że najprawdopodobniej im się nie uda (z karmieniem piersią, bo to jest bardzo trudne a sporo matek nawet mleka nie mają). Czy może myślicie, że wielki sportowcy osiągnęli sukces bo wszyscy wokół nich im powiedzieli, że "nie uda Ci się, bo popatrz ile jest sportowców na świecie a ile z nich osiągają w ogóle jakiś sukces światowy, mało, no to z Tobą też tak będzie, więc zrób coś innego w życiu"? Jest mało prawdopodobne. Gdy powiesz komuś, że czegoś nie osiągnie, powoli prowadzisz tą osobę do porażki. Tak samo się dzieje z karmieniem piersią. Czy ja mówię, że w ogóle nie ma matek, których nie mają mleka? Nie. Na pewno są, ale to jest możliwe tak jak jest możliwe nie móc widzieć lub słyszeć lub mówić: jest możliwe, niektóre osoby tak mają, ale to nie jest norma. Z karmieniem jest tak samo, jest możliwe, ale nie jest norma. Jest mniej więcej takie same prawdopodobieństwo, że ktoś nie może widzieć jak jest, że ktoś nie ma mleka. Gdyby to było normalne i dużo osób tak miało, od bardzo dawna człowiek jako raza by przestała istnieć na świecie (bo mleko w proszku istnieje od bardzo niedawna).

Gdy powiesz komuś, że czegoś nie osiągnie, powoli prowadzisz tą osobę do porażki.

Co bym powiedziała, że mi najbardziej pomagał, żeby mieć sukces z karmieniem piersią? Najpierw powiedziałabym, że być realistką. Zanim Antek się urodził, czy nawet zanim byłam w ciąże, chyba rozmawiałam o tej sprawie zwracając uwagę z dwiema osobami (może był ten temat rozmowy w innych momentach, ale wtedy nie zwróciłam uwagi jakoś specjalnie bo jeszcze daleko mi się wydawało ten moment w moim życiu). Z jednej osoby zrozumiałam, że karmieniem piersi jest trudne i bolesne; jednak miałam wrażenie, że ta osoba często mówi, że nie da rady, że prawdopodobnie nie ma wystarczające mleko, że może dziecko nie lubi swojego mleka... Wydawało mi się, że te wszystkie negatywne uczucia nie mogły pomóc jej wręcz przeciwnie, te uczucia plus opinie -też negatywne- od wszystkich dookoła, przyznając jej rację i zachęcając do dawania dziecku butelkę (lekarzy też) pomagały, żeby karmienie piersią było porażką (tak jak tłumaczyłam w poprzednim paragrafem). Wniosek jaki miałam z drugiej osoby, z którą rozmawiałam na ten temat był, że jest to trudne: karmienie piersią i ogólnie ten pierwszy miesiąc. Jednak, ona wyglądała szczęśliwa (i wyczerpana) i nawet po tym jak się przyznała, że przez pierwszy miesiąc się nawet zastanawiała, czy ona dobrze zrobiła mając tego dziecka, że może to nie dla niej... później -chyba sama nawet tego nie zauważyła- powiedziała mi "czasami tęsknię za ten pierwszy miesiąc, kiedy on był taki malutki". Z jednej strony uwielbiałam jej szczerość mówiąc mi jasno, że nie cały czas wszystko jest piękne i doskonale a z drugiej strony wydawało mi się super słodki, że nawet okres, który właśnie opisywała jako okropne był okresem, za którym tęskniła.

Tak więc, tak jak mówiłam, zdecydowałam być realistą i świadoma, że nie będzie łatwo ale to (karmienie piersią) było coś, co miałam zamiar robić a więc bym nie przestała aż mi się to by udało. Miałam zamiar ciągle spróbować, słuchać się personelem, które mógłby mi pomóc i, jakby to było potrzebne, poszukałabym też jakiejś grupy laktacji, żeby mi pomagała. Ale, przede wszystkim miałam zamiar wierzyć, że mogę to robić.

Jak poszło? Po porodzie przez cesarskie cięcie (po którym mówią, że jest trudniej "aktywować" karmienie piersią), ja już karmiłam Antka wyłącznie piersią w ciągu mniej niż 48 godzin.

Było łatwe? Oczywiście, że nie. To, że mi się szybko udało nie znaczy, że było łatwo. Znaczy, że byłam wytrwałą, że się nie poddałam, nawet przy głupią niemiłą położną, która spróbowała mnie przekonać, że jeszcze nie mogę go karmić piersią i lepiej mu dawać butelkę.

Przyznaję, że jeden z powodów, który mnie najbardziej zmotywował, żeby osiągnąć mój cel jak najszybszej to fakt, że Antek już od dnia porodu dostał butelkę... Dawali mu położne w innym pokoju. Ja, jako matka pierwszego dziecka i ignorantką w tej sprawie myślałam, że to jest normalne. Powiedziały mi, że dziecko musi jeść więc jeżeli nie mam w piersi musi to być z butelki. Ja nie wiedziałam wtedy, że dzieci jak się rodzą nie potrzebują od razu być karmione bo dopiero co wyszli i mają jeszcze "na zapas" z tego co dostali w brzuchu poprzez pępowinę. Natura jest mądra i wie, że matka nigdy nie ma dużo mleka od samego początku więc to normalne, że dziecko pierwsze dni nie je i traci trochę wagę, ale potem bardzo szybko to odzyskuje jak zaczyna być karmione porządnie... Ja nic z tego nie wiedziałam więc pozwoliłam, żeby mu dali butelkę (jako matka ignorantka nie wydawało mi się normalne powiedzieć im "nie, nic z tego, ja wolę, żeby moje dziecko umierało z głodu do póki sama nie będę mogła go karmić" -przynajmniej ja czułam, że to by tak brzmiało). Skoro myślałam, że nie pozwolić mu dawać butelkę byłoby okrutne z mojej strony zdecydowałam, że muszę jak najszybszej "aktywować" karmienie u siebie, żeby jak najmniej dostał butelkę. Tak więc, wzięłam się do roboty.

Co zrobiłam dokładnie? Przede wszystkim dawać Antka do piersi jak tylko miałam okazję, z pomocą położne (te bardziej sympatyczne a nie ta, o której pisałam trochę wcześniej, z którą miałam pary kłopoty). Mleko nie szło do góry i dla Antka trudno było złapać cyckę (ja myślałam -też przez to, że tak mi mówiły położne-, że to dlatego, że mleka nie mam, więc nie chciał ssać; później się dowiedziałam, że małe dzieci lubią ssać nawet jeżeli nie jedzą, z powodu ciepła, bezpieczeństwa, bliskość, które to daje). Tak więc powiedziałam Mateuszowi, że musi mi przenieść laktator, żebym mogła jak najszybszej "aktywować" laktacja za jego pomocą a wtedy, jak mleko już by było, Antek chciałby ssać na pewno.

Mateusz przeniósł mi laktator na drugi dzień i cała sobota spróbowałam coś odciągnąć z piersi bez wielkiego sukcesu (pary krople było - tak mało, że ja myślałam "nie dziwię się, że Antek się nie łapie, to jest puste!"). Po około pół godziny z laktatorem ja odciągnęłam tak mało, że nawet trudno mi było powiedzieć ile, bo było mniej niż pierwsza kreska z miarki butelki... 

Nie przeszkadzało mnie to. Wiedziałam, że to jest normalne, tym bardziej po cięciu, więc dalej spróbowałam z laktatorem co jakiś czas. Za każdym razem wyszło troszeczkę więcej (ale nie dużo).

Antek się urodził w piątek po południu i w niedzielę nad ranem (to co niektóre rozumieją jak noc soboty) ja już go karmiłam wyłącznie piersią. Misja zakończona!


(Napiszę więcej o moim doświadczeniu z karmieniem w innym post. Nie chcę, żeby to był niekończący się post).

A twoje doświadczenie z karmieniem? Jak było? Może chcesz się dzielić, żeby inne matki znały różne doświadczenia?

No hay comentarios:

Publicar un comentario

Me he mudado, ahora ya no escribo más en este blog. Tienes todas las entradas de este blog más las nuevas que sigo escribiendo semanalmente en mecachismama.wordpress.com

¡Gracias por visitarme, comentar y/o compartir!